Niedawno miałem zaszczyt uczestniczyć w spotkaniu, uwielbieniu w rosyjskim Zborze w Ferndale, Michigan. Głównym celem tego spotkania miało być zebranie funduszy dla polskich misjonarzy z Toronto, którzy pracują wśród biednych dzieci potomków polskich i ukraińskich emigrantów żyjących w ekstremalnych warunkach w Brazylii. Jednak w wyniku zaistniałej sytuacji jaka wynikła na Ukrainie, spotkanie było wyrazem solidarności i modlitwa o pokój. Co ciekawe nie było tu granic, nikt nie był tu Ukraińcem, Polakiem czy Rosjaninem. Nikt nie wspominał o tym, co się stało na Wołyniu, co się dzieje na Krymie, czy o tym, co się stało w Smoleńsku. Wszyscy byliśmy i jesteśmy synami i córkami jednego Boga. Spiewaliśmy i wielbiliśmy Pana po polsku, ukraińsku, rosyjsku a nawet przez moment po portugalsku.
Potem był wspólny poczęstunek i nie było żadnych granic miedzy nami. Przypomniałem sobie moje dawne czasy gdy byłem na studiach i parę razy odwiedziłem Krym, Odessę,Lwów, St Petersburg (obecna nazwa), Soczi, Suhumi, Batumi, zawsze miałem miłe wspomnienia z tych eskapad. Tak myślę, że w gruncie rzeczy te podziały, wrogość to dzieło polityków i systemów. Mogłem zrozumieć mojego wujka, który jako nastolatek uciekał z Syberii, moglem zrozumieć brata mojego dziadka, który przeżył wiele gdy banderowcy wkraczali do jego wsi. Ale czemu ja miałbym to w sobie teraz kultywować, czemu miałoby to służyć? Myśleć takimi kategoriami to powinienem się udać w poszukiwaniu potomków Krzyżaków a może wskazane byłoby też poszukać tego gościa co załatwił nam hejnalistę z Krakowa.
Wracając do spotkania, zebraliśmy całkiem niezła sumę, a ja przy okazji odswieżyłem swój rosyjski, nawet czytać nie zapomniałem. Szkoda tylko że jedyny utwór jaki mogłem zaśpiewać był "Пусть всегда будет солнце".



